Tradução polonesa do conto “A menina de lá”, de João Guimarães Rosa

Nota do tradutor

(wersja po polsku poniżej / versão em polaco em baixo)

Ainda se lembra: como é que é ser criança? Guimarães Rosa era mestre em contar histórias que tocavam apenas a pura essência da vida. Sem dúvida, consegue-se notar que A menina de lá decerto não pretende ser apenas um postal do interior brasileiro, mas, sobretudo, uma apoteose da inocência própria de crianças e da sua habilidade de enxergar o mundo, e não apenas vê-lo. Com o passar do tempo perdemos essas qualidades: não fazemos mais perguntas, simplesmente aceitamos; caso algo nos surpreenda – não fascina, mas enraivece. Não temos que aceitar tal destino – aceitemos, através do caráter oral, multidão de neologismos e as falas da Nhinhinha, o convite para olharmos de novo à realidade que nos rodeia. Neste frenético mundo, enclausurado por diversas leis, normas e códigos, é preciso encontrar um momento para sonhar, contemplar, redescobrir, e finalmente parar, a fim de proclamar: Viva o Agora!»

Od tłumacza

Pamiętasz jeszcze jak to jest być dzieckiem? Guimarães Rosa, którego sam żartobliwie nazywam Krowim Pisarzem, to najwyższej próby opowiadacz – dotyka samiusieńkiej esencji życia. Nietrudno zauważyć, że i Panienka stamtąd nie jest bynajmniej pocztówką z brazylijskiego interioru. To przede wszystkim apoteoza dziecięcej niewinności i postrzegania świata, a wręcz dostrzegania świata. Wraz z upływem czasu tracimy te dary: nie zadajemy już pytań, po prostu akceptujemy; jeśli coś nas dziwi – nie zdumiewa, lecz podburza. Nie musimy się godzić na taki stan rzeczy. Potraktujmy oralny charakter opowiadania, plejadę neologizmów oraz wypowiedzi Nieneczki jako zaproszenie do ponownego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. W pędzącym, spętanym konwenansami świecie, znajdźmy chwilę, by marzyć, kontemplować, odkrywać na nowo, a w końcu zatrzymać się, by oświadczyć: Niech żyje Teraz!”


João Guimarães Rosa

Panienka stamtąd

przełożył Julian Konopelski

*

Jej dom stał za Górą Mnie, prawie pośrodku bagna o czystej wodzie, w miejscu zwanym Bój-się-Boga. Ojciec, drobny włościanin, zajmował się krowami i ryżem; Matka, pochodząca z Urucuii, nigdy nie wypuszczała różańca z dłoni, nawet kiedy ubijała kury albo obrzucała kogoś błotem. I ona, panieneczka, Maryja z imienia, Nieneczką zwana, narodziła się malusieńka, o wielkiej głowie i oczach. 

Nie żeby się wydawało, jakby celowo się patrzyła czy przypatrywała. Zatrzymywała się, milcząc, nie chciała gałganowych czarownic, żadnych zabawek, przycupnięta gdziekolwiek by się ją znalazło, ani drgnie. – „Nikt za bardzo nie rozumie tego co ona mówi…” – mawiał Ojciec, z pewnego rodzaju lękiem. Nie tyle przez dziwaczność słów, bo z rzadka pytała, na przykład: – „On zmęcił?” – no i teraz kto i co, nie sposób się dowiedzieć. Lecz to przez dziwaczność rozumowania czy ubarwienie sensu. Z niespodziewanym śmiechem: – „Pancernik nie widzi księżyca…” – rzekłaby. Albo opowiadała historyjki, absurdalne, mgliste, wszystko zawsze krótko: o pszczole, która odleciała sobie na chmurkę; o garści dziewcząt i chłopców przy stole słodyczy, długim, długaśnym, przez czas, który nawet się nie kończył; albo o konieczności sporządzenia sobie listy wszystkich rzeczy, które dzień po dniu gubimy. Wyłącznie esencja życia.

Ogólnie jednak czteroletnia Nieneczka nikomu nie wadziła ani się niczym nie wyróżniała, poza perfekcyjnym spokojem, bezruchem i ucichaniom. Nawet nie sprawiała wrażenia, że lubi albo nie lubi czegoś lub kogoś. Nakładali jej jedzenie, ona dalej siedziała, talerz z liścia na kolanach, czym prędzej zjadała mięso albo jajko, skwarki, to, co wyglądałoby na najsmaczniejsze i apetyczne, a potem, z artystyczną rozwlekłością, dojadała resztę, fasolę, kukurydzianą papkę, ryż albo dynię. Z nagła strach nas brał, widząc ją w tej trwałości i spokoju – „Nieneczko, a co ty robisz?” – pytano się. A ona, wyciągnięta, uśmiechnięta, odpowiadała dukając: – “Ja-a… ro-o-bię”. I zostawiała w próżni. Czyż naprawdę była ona aż tak głupiuteńka?

Nic jej nie przerażało. Słyszała jak Ojciec prosił Matkę, żeby sypnęła mocną kawę i komentowała, śmiejąc się: – „Prosidło… prosidło…” Zwykła też zwracać się do Matki w ten sposób: – „Dziewuszysko… dziewuszysko…” czym też zwykła wywoływać ich gniew. Na próżno. Nieneczka szmerała tylko: – „Spokojnie… Spokojnie…”  – sielankojniutka, nieporadna jak kwiatek. To samo mówiła kiedy wołali ją na jakąkolwiek nowinę z tych, co zajmują tak starych, jak i młodych. Nie przejmowała się wydarzeniami. Spokojna, ale o końskim zdrowiu. Nikt nie miał nad nią realnej kontroli, nieznane były jej upodobania. Jak ją ukarać? Bo przecież uderzyć by się nie odważyli; nawet nie było powodu. Jednak szacunek, jaki miała do Matki i Ojca, wydawał się raczej czymś w rodzaju filuternej tolerancji. A Nieneczka lubiła mnie.

Rozmawialiśmy, teraz. Podziwiała płaszcz nocy. – „Okrągluutkie!” – patrzyła w gwiazdy, ulotne, nadludzkie. Nazywała je „ćwierkającymi gwiazdkami”. Powtarzała: – „Wszystko się rodzi!” – swój ulubiony okrzyk, często w towarzystwie uśmiechu. I powietrze. Mówiła, że powietrze miało zapach wspomnienia. – „Nie widzimy, kiedy kończy się wiatr…” Znajdowała się w ogródku, w żółtym ubranku. To, co mówiła, niekiedy było normalne, po prostu myśmy słyszeli za dużo: – „wysokości sępieci”. Nie, powiedziała jedynie: – „…wysokość, gdzie sęp nie leci.” Paluszek prawie dotykał nieba. Przypomniała sobie: – „Jabuticaba cho-mnie-zo…”. Szeptała potem: – „Ja chcę tam iść.” – Dokąd? – „Nie wiem”, po czym zauważyła: – „Ptaszek zniknął śpiewać…”. Faktycznie, ptaszek śpiewał, przez cały ten czas myślałem, że nie słuchała; teraz przestał. Powiedziałem: – „Ptaszyska.” Od tej pory, Nieneczka poczęła nazywać drozda „Panią z Pobliska…”. I miała też dłuższe odpowiedzi: – „Aja? Tęskna się robię”. Innym razem mówiło się o zmarłych krewnych, ona zaśmiała się: – „Odwiedzę ich…”. Skrzyczałem, poradziłem, powiedziałem, że urwała się z księżyca. Spojrzała na mnie kpiąco, jej oczy bardzo uważne: – „On cię zmęcił?”. Nigdy więcej nie widziałem Nieneczki.

Wiem jednak, że mniej więcej wtedy zaczęła czynić cuda.

Ani Matka ani Ojciec pierwej nie odkryli cudu, nieoczekiwanego. Ale Ciotkantonia. Zdaje się, że było to rankiem. Nieneczka, sama, siedziała przed ludźmi i patrzyła się na nic: – „Chciałabym, żeby ropucha tu przyszła”. Choć ją słyszeli, pomyśleli, że to pewno jakieś brednie, kolejny z jej dyrdymałków, tych co zwykle. Ciotkantonia jak zwykła to robić, pokiwała palcem. Lecz oto w podskokach prosto do sali wchodziło zwierzątko, prosto pod nogi Nieneczki – ale nie brzuchata ropucha, tylko piękna żaba błotna, zieloniutka, przybyła z ogródka. Taka wizyta nigdy się nie zdarzyła. A ona się zaśmiała: – „Działa jak zaklęcie…”. Jedni się zdumieli, inni zamilkli.

Parę dni później, z tym samym spokojem: – „Chciałabym placuszek z dżemem” – wyszeptała; i, nawet nie minęło pół godziny, przyszła pewna pani z daleka, która przychodziła z dżemowymi rogalikami. Kto by to rozumiał? Nie mówiąc o kolejnych cudach jedno po drugim. To, co chciała, co mówiła, natychmiast się wydarzało. Tyle, że zawsze chciała malutko i zawsze drobnostki i głupotki, co to ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało. Toteż kiedy Matka zachorzała, w bólach, że żadne lekarstwo nie pomagało, nie sposób było sprawić, by Nieneczka przemówiła za jej zdrowiem. Uśmiechała się tylko, powierzając swoje – „Spokojnie… Spokojnie…” – nie mogli jej wyperswadować. Jednak przyszła opieszale, objęła Matkę i ją pocałowała, cieplutka. Matka, która patrzyła się na nią z rozpaczliwą wiarą, ozdrowiała w ciągu minuty. Dowiedzieli się, że miała też inne sposoby.

Postanowili zachować sekret. Coby nie przyszli ciekawscy, źli, czy interesowni ludzie ze skandalami. Albo księża, biskup, chcący by się nią zająć, zabrać ją do klasztoru. Nikt, nawet najbliżsi krewni nie powinni wiedzieć. Poza tym, Ojciec, Ciotkantonia i Matka nawet nie chcieli prowadzić rozmów na ten temat, niezmiernie się tego bali. Myśleli, że to ledwo zwidy.

Tym, co pomału irytowało Ojca, był fakt, że z tego wszystkiego nie wyciągało się rozsądnego pożytku. Przyszła susza, wielka, aż strach brał, że bagno wyschnie na wiór. Spróbowali poprosić Nieneczkę: żeby zachciała deszczu. – „Hm, przecież się nie da…” – potrząsnęła główką. Naciskali na nią: że jeśli nie, to wszystko się skończy, posłanko, ryż, mięso, słodycze, owoce, miód. – „Spokojnie… Spokojnie…” – uśmiechała się; odprężona, aż zamknęła oczy, prędko spuszczając jaskółcze kurtyny, podczas  gdy  oni nalegali.

Potem, po dwóch dniach, chciała: zachciało jej się tęczy. Spadł deszcz. I niedługo potem pojawiła się tęcza, wybijała się zielenią i czerwienią – co razem dawało żywy, różowy kolor. Świeżość popołudnia ucieszyła Nieneczkę, aż porzuciła swoją powagę. Zrobiła to, co nigdy jej nie przyszło do głowy, skakała i biegała po domu i ogródku.

– „Wymyśliła sobie skowronka?” – pytali się Ojciec z Matką. One, te ptaszki, śpiewały jak królewscy trębacze. Jednak któregoś razu zdarzyło się, że Ciotkantonia, bardzo zła, nakrzyczała na dziewczynkę, bardzo ostro, bez miary, nawet Matka i Ojciec tego nie rozumieli, nie spodobało im się to. A Nieneczka, eteryczna, usiadła nieporuszona, jakby nigdy nie śniła, jeszcze bardziej nieruchoma, cała w skowronkach rozmyślając. Ojciec z Matką podszeptywali z zadowoleniem, że jak urośnie i nabierze rozumu, będzie mogła im bardzo pomóc, tak jak zapewne Opatrzność tego pragnie.

A tu masz, Nieneczka zachorowała i umarła. Mówi się, że przez złe wody tych okolic. Wszystkie żywe czyny idą za daleko.

Gdy ten czyn runął, było wiele różnych bólów, ze wszystkich, z tych domowych: jeden z nagła wielki. Matka, Ojciec i Ciotkantonia zdawali sobie sprawę, że było to tak, jakby każdy z nich umarł w połowie. I co bardziej poruszało serce, to widzieć kiedy Matka odmawiała różaniec, ale zamiast zdrowasiek była z siebie w stanie wyjęczeć jedynie to o „Dziewuszysku… Dziewuszysku…” – z całą srogością. A Ojciec gładził rękoma taborecik, na którym Nieneczka się zasiadywała, a na którym on sam siadać nie mógł, ponieważ pod ciężarem jego zwalistego ciała taborecik by się złamał.

Teraz, potrzebowali zawiadomić w wiosce, żeby zrobili trumnę i przygotowali pogrzeb, z pomocnikami pośród dziewic i aniołów. Ach, Ciotkantonia zebrała się na odwagę, omieszkała wspomnieć: że, tamtego dnia, tego od tęczy i deszczu, od skowroneczka, Nieneczka była powiedziała niestosownie o połyskiwaniu, dlatego też ją wtedy skrzyczała. O co chodziło: że chciała różową trumienkę udekorowaną połyskującymi zieleniami. Cóż za wieszczba! Czy teraz, należało zamówić taką trumienkę, jej wola?

Ojciec, nagle w łzach, ryknął: że nie! Ach, że, gdyby się na to zgodził, byłoby to jak wzięcie winy, jak pomóc Nieneczce umrzeć…

Matka chciała, zaczęła dyskutować z Ojcem. Jednak, z biegiem łez, uspokoił się – uśmiech taki dobry, taki wielki – pogrążony w zadumie: że nie trzeba było zamawiać, ani wyjaśniać, gdyż musiało wyjść dokładnie tak, na tę modłę, różowa z zielonymi gróbłyskotkami, bo tak, tak musiało być! – poprzez cud swojej córki w chwale, Świętej Nieneczki.

Website | + posts

Atualmente é mestrando em Estudos Ibéricos pela Universidade de Varsóvia. Intercambista de graduação na Universidade de São Paulo no ano acadêmico 2018/19. Amante da cultura brasileira, professor de língua portuguesa e pesquisador na área de tradução. Fora da área, multiinstrumentalista e artista visual.

Deixe uma resposta

O seu endereço de email não será publicado. Campos obrigatórios marcados com *

Top